W jaki sposób Karol Wojtyła stał się Janem Pawłem II,
a Agnieszka Bojaxhiu Matką Teresą
W tym miesiącu nastolatki i dwudziestolatki całego świata gromadzą się w Australii na
Światowym Dniu Młodzieży. Wśród duchowych patronów tego dnia znajduje się dwoje
znanych osiemdziesięciolatków, żyjących w niedalekiej przeszłości - Sługa Boży Jan Paweł II
i bł. Matka Teresa. Ich dobrotliwe, pomarszczone twarze będą spoglądać z plakatów na
młodych pielgrzymów, stając się dla nich niemą zachętą i inspiracją. Czy organizatorzy
zechcą również umieścić na plakatach zdjęcia tych patronów, pochodzące z czasów ich
młodości? Z pewnością uczestnicy z ciekawością przyjrzeliby się nastoletniemu Karolowi
Wojtyle czy młodziutkiej Agnieszce Bojaxhiu, wyglądającym, jakby na chwilę oderwali się
od tłumu zmierzającego na spotkanie z papieżem. Ich świeże, młodzieńcze twarze
wyrażałyby solidarność z pielgrzymami, jakby chcieli powiedzieć: "Widzicie? My też kiedyś
byliśmy młodzi. My także chcieliśmy dobrze przeżyć życie i musieliśmy szukać właściwej
drogi".
Spośród zachowanych zdjęć Karola i Agnieszki najlepiej prezentowałyby się dwa. Jedno,
pochodzące z 1928 roku, pokazuje osiemnastoletnią Agnieszkę, świeżo upieczoną
absolwentkę szkoły średniej. Na drugim, z 1940 roku, widzimy dziewiętnastoletniego Karola
po ukończeniu pierwszego roku studiów uniwersyteckich.
Obie te Fotografie pochodzą z czasów, kiedy Agnieszka i Karol odkrywali swoje
powołanie. Agnieszka właśnie postanowiła zostać zakonnicą i wkrótce po zrobieniu tego
zdjęcia wyjechała do klasztoru, pozostawiając je cioci na pamiątkę. Karol, którego
sfotografowano, by umieścić zdjęcie na afiszu teatralnym, postanowił ponownie przemyśleć
swoją decyzję zostania aktorem.
Na obu zdjęciach widzimy poważnych i spokojnych młodych ludzi, śmiało patrzących
w przyszłość. Rozważni, pełni ideałów, mający dopiero przed sobą życiowe próby - kiedy
jeszcze żadnemu z nich się nie śniło, że ktoś będzie nazywał ich "Ojcem Świętym" czy
"Matką". Patrząc na nich, zaczynamy się zastanawiać nad początkiem ich drogi. Co skłoniło
tego chłopaka i tę dziewczynę do tak radykalnej odpowiedzi na wezwanie Jezusa?
Warunki zewnętrzne
Oboje wychowali się w pobożnych rodzinach katolickich - Karol na południu Polski,
Agnieszka w Albanii - w czasach, gdy ich ojczyzny cieszyły się wolnością. Każde z nich
wcześnie zostało osierocone przez jednego z rodziców - w wieku dziewięciu lat Karol stracił
matkę, a Agnieszka ojca.
Karol z ojcem wspólnie spożywali posiłki, modlili się, a czasem bawili się w salonie lub
grali w piłkę. Matka Agnieszki często zanosiła posiłki ubogim sąsiadom, w czym zwykle
towarzyszyła jej córka. Po latach Matka Teresa wspominała słowa swojej matki: "Kiedy
czynisz dobro, czyń je po cichu, tak jakby kamień wpadał w morze".
Także inni ludzie pomogli Agnieszce i Karolowi w odkryciu ich powołania. Agnieszka
w szkole średniej należała do grupy młodzieżowej zorganizowanej przez jezuitę,
o. Jambrekovica, proboszcza swojej parafii. Często czytał on nastolatkom listy otrzymywane
od jezuickich misjonarzy w Indiach. Żywe, entuzjastyczne relacje ludzi troszczących się
o ubogich i chorych przykuwały uwagę Agnieszki.
Karol znalazł w swojej krakowskiej parafii grupę o nieco innym charakterze. Prowadzący
parafię księża salezjanie powierzyli nawiązywanie kontaktów z młodzieżą człowiekowi
świeckiemu o głębokiej duchowości, Janowi Tyranowskiemu, pracującemu w zakładzie
krawieckim. Jak pisał później Jan Paweł II: "Wywiązywał się z tego zadania nie tylko
w sensie organizacyjnym, ale także poprzez prawdziwą duchową formację, którą dawał
związanym z nim młodym ludziom. Od niego nauczyłem się elementarnych metod pracy nad
sobą, które wyprzedziły to, co potem znalazłem w seminarium".
Lata okupacji przyniosły przyszłemu papieżowi wiele osobistego cierpienia. Karol musiał
przerwać studia, gdy Niemcy w 1939 roku zamknęli Uniwersytet Jagielloński, posyłając
kadrę profesorską do obozu koncentracyjnego. Dwa lata później zmarł mu ojciec i młody
Karol pozostał na świecie sam. "Nigdy nie czułem się tak samotny" - wspominał później.
Przyjaciel z tego okresu, widząc jego rozbicie wewnętrzne, mocno się o niego niepokoił.
Oznaki walki
Czy te warunki zewnętrzne mogą naświetlić nam doświadczenia wewnętrzne, które
pomogły Agnieszce i Karolowi w rozpoznaniu i przyjęciu swego życiowego powołania?
W pewnym stopniu tak, chociaż oni sami nigdy nie ujawnili szczegółów.
Matka Teresa systematycznie przeciwstawiała się wszystkim próbom nakłaniania jej do
zwierzeń. "Kiedy po raz pierwszy poczułam pragnienie pójścia do zakonu, miałam zaledwie
dwanaście lat - wyznała z prostotą przyjaciółce. - To bardzo prywatna sprawa. Nie była to
wizja. Nigdy nie miałam wizji". Autorka jej biografii, Kathryn Spink, napisała, że było to
"niezwykle osobiste doświadczenie, nad którym nie chciała się rozwodzić".
Cokolwiek to jednak było, nie dało Agnieszce całkowitej pewności co do jej powołania.
Rozmyślała nad tym i modliła się o światło jeszcze przez następne sześć lat. W pewnym
momencie zapytała o. Jambrekovica, skąd człowiek może wiedzieć, do czego Bóg go wzywa.
Powiedział jej, że prawdziwym znakiem powołania jest wewnętrzna radość.
Agnieszka dorastała niepewna co do swojej przyszłości. Jak podaje Spink, czasami
wątpiła, czy rzeczywiście ma powołanie zakonne, a niekiedy nawet walczyła z tą myślą.
Eileen Egan, inna znająca ją osobiście autorka biografii, twierdzi, że przyszła Matka Teresa
początkowo "nie chciała zostać zakonnicą i opuścić swojej rodziny". Echo tego oporu
odnajdujemy, być może, w pewnej późniejszej wypowiedzi Matki Teresy, która zapytana
przez dziennikarza, czy po opiekowaniu się tak wieloma dziećmi innych matek nie tęskni za
posiadaniem własnego dziecka, odparła: "Naturalnie, to oczywiste. Na tym polega nasza
ofiara. To jest dar, który składamy Bogu".
Także u Karola dostrzegamy ślady wewnętrznych zmagań. Jak sam przyznawał, w szkole
średniej wcale nie zamierzał zostać kapłanem. Pociągał go teatr, w którym widział swoją
wielką misję. Podczas okupacji wraz z przyjaciółmi zaangażował się w konspiracyjny "Teatr
słowa", który wystawiał polskie dramaty. Był to sposób podtrzymywania tożsamości
narodowej i krzepienia ducha mieszkańców Krakowa - i to sposób bardzo ryzykowny, gdyż
w razie wykrycia młodym aktorom groziła wywózka do obozu koncentracyjnego.
Jednak w pewnym momencie Karol zaczął nabierać przekonania, że skuteczniejszym
sposobem przeciwstawiania się złu jego czasów będzie kapłaństwo. Wyjaśniał później:
"Wobec szerzącego się zła i okropności wojny sens kapłaństwa i jego misja w świecie
stawały się dla mnie nadzwyczaj przejrzyste i czytelne". Jednak pójście za światłem, które
wskazywało mu drogę ku kapłaństwu, wymagało bolesnego rozstania z ukochanym teatrem
oraz kręgiem wiernych przyjaciół.
Sam na sam z Jezusem
Poznając dramat rozgrywający się w sercach tych dwojga młodych, którzy rozpoznali
Boże powołanie, chcielibyśmy może zasiąść wygodnie na krześle i obejrzeć rozwijającą się
akcję. Co działo się w ich umysłach i sercach, kiedy ważyli wszystkie argumenty, starając się
rozeznać, czy naprawdę słyszą Boży głos? Tu jednak nasza ciekawość napotyka mur
tajemnicy.
Oba wewnętrzne dramaty rozegrały się za zamkniętymi drzwiami, bez udziału
publiczności. Na scenie znajdowały się jedynie dwa ustawione naprzeciwko siebie krzesła, na
których zasiedli aktorzy dramatu, aby odbyć ze sobą serię poważnych rozmów - rozmów
Jezusa z Agnieszką i Jezusa z Karolem.
Agnieszka lubiła bardzo kaplicę maryjną w położonym na zboczu wzgórza sanktuarium
za miastem. Od czasu do czasu matka organizowała jej transport do tego miejsca, aby mogła
pomodlić się w samotności.
Karol także miał swoje ulubione sanktuaria, jednak w czasie okupacji trudno było
o okazję do odbycia tam dłuższych rekolekcji. W wolnych chwilach modlił się
w nieogrzewanych kościołach i w swoim mieszkaniu, leżąc krzyżem na podłodze.
Wewnętrzne światło
Nawet najbliżsi Karola i Agnieszki nie wiedzieli, co dzieje się w ich osobistych
rozmowach z Jezusem. Kiedy Agnieszka oznajmiła swoją decyzję zostania misjonarką, jej
matka była tym zaskoczona do tego stopnia, że cały dzień spędziła na modlitwie w swojej
sypialni. Przyjaciele Karola byli wstrząśnięci, dowiadując się, że zamierza on wstąpić do
działającego w konspiracji Krakowskiego Seminarium Duchownego, i czynili wszystko, aby
odwieść go od tego pomysłu.
Z zewnątrz obie te historie pozostają tajemnicą. Wiemy jedynie, że w ciszy wiejskiej
albańskiej kaplicy pod koniec lat dwudziestych oraz wśród wycia klaksonów niemieckiego
gestapo pod oknami krakowskiego mieszkania na początku lat czterdziestych, w ukryciu
dwóch ludzkich serc dojrzały dwie największe decyzje XX wieku.
Ostatecznie Karol i Agnieszka wynieśli ze swoich spotkań z Jezusem radosną pewność,
że On wzywa ich do swojej służby. "Coraz bardziej jawiło się w mojej świadomości światło:
Bóg chce, ażebym został kapłanem" - pisał Jan Paweł II. "Pewnego dnia zobaczyłem to
bardzo wyraźnie: był to rodzaj jakiegoś wewnętrznego olśnienia. To olśnienie niosło w sobie
radość i pewność innego powołania. I ta świadomość napełniła mnie jakimś wielkim
wewnętrznym spokojem".
Agnieszka w wieku osiemnastu lat zobaczyła jasno, że ma opuścić dom, aby zostać
zakonnicą i poświęcić się ubogim. Kathryn Spink cytuje jej słowa: "Nabrałam pewności, że
jestem powołana, by całkowicie należeć do Boga. Pomogła mi to zobaczyć Matka Boża
Czarnogórska z Letnicy". Po czym Matka Teresa wyznaje: "Nigdy nie miałam najmniejszych
wątpliwości co do mojej decyzji".
Jezus wzywa
Intymność osobistej historii Karola Wojtyły i Agnieszki Bojaxhiu niesie przesłanie nam
wszystkim, niezależnie od tego, czy jesteśmy uczestnikami XXIII Światowego Dnia
Młodzieży, czy też znajdujemy się w jakimkolwiek innym miejscu na świecie. Przypomina
nam, że w sercu każdego człowieka rozgrywa się coś, co pozostanie jego tajemnicą, gdyż
w każdym z nas - a także w relacji każdego z nas z Bogiem - kryje się coś absolutnie
wyjątkowego. Chociaż czyjaś odpowiedź na wezwanie Jezusa może być dla nas inspiracją, to
jednak każdy musi odkryć swoje powołanie w osobistym dialogu z Bogiem.
Każdy z nas ma do dyspozycji teatr bez publiczności i scenę z dwoma krzesłami, gdzie
w każdej chwili może zasiąść do rozmowy z Panem w cztery oczy.
Szukasz swojej drogi? Jezus zaprasza cię, byś zasiadł do rozmowy z Nim, a On odsłoni
przed tobą swój plan dla twego życia. Rozeznałeś już swoje powołanie? On zaprasza cię do
dalszego dialogu, abyś mógł kroczyć wybraną drogą z coraz większym przekonaniem.
Świadectwo wierności swojemu powołaniu może okazać się największą pomocą, jakiej jesteś
w stanie udzielić tym, którzy wciąż szukają.
Takie świadectwo oferują młodym ludziom zgromadzonym w Sydney Jan Paweł II
i Matka Teresa. Ich pomarszczone twarze na plakatach noszą znaki ciężkich i bolesnych
doświadczeń. Oto mężczyzna, który poznał Kościół na całym świecie zarówno w jego
chwale, jak i w jego słabości. Oto kobieta, która dotknęła osobiście ogromu ludzkiego
cierpienia. Jednak pod koniec życia na ich twarzach widzimy pokój, który płynie
z doświadczenia obecności Jezusa na wszystkich drogach życia.
Kevin Perrotta